kultura/sztuka/rozrywka media/marketing/reklama
Sprawianie przyjemności
Po raz czwarty w reżyserskiej karierze Krystyna Janda mierzy się z dziewiętnastowiecznym komediowym tekstem Michała Bałuckiego. Choć „mierzy się” to niezbyt adekwatne określenie. Janda się w nim mości, rozpływa, delektuje słowem, eleganckim światem i błyskotliwym humorem, a przyjemność z tego obcowania pragnie przekazać widzom. Po „Grubych rybach” w Polonii i „Domu otwartym” w Teatrze Polskim wraca do „Klubu kawalerów”, który przygotowywała niegdyś dla Teatru Telewizji z tuzami polskiego aktorstwa. Po 25 latach od tamtej premiery, na scenie Och-Teatru oglądamy odświeżony aktorsko, wciąż przezabawny i niezłomnie wierny realiom epoki i literaturze spektakl.
W secesyjnym kawiarniano-restauracyjnym anturażu scenografii Zuzanny Markiewicz, rozświetlonym tu i ówdzie zza witrażowego szkła przez Katarzynę Łuszczyk olśniewają wykwintne, misternie uszyte i stylizowane na historyczne stroje Tomasza Ossolińskiego wzbogacone u pań wytwornymi kapeluszami modystki Marty Galik. Jesteśmy oto w XIX-wiecznej salonowej Polsce, pełnej konwenansów, szarmancko uprzejmej i zdecydowanie niedzisiejszej. Aż szkoda. Szyku zadał aktorskiemu towarzystwu Emil Wesołowski ucząc dystyngowanego savoir-vivre’u, sprawnego operowania wachlarzem, zagarniania ogonów fraka czy siadania w sukni z gorsetem. Jak to u Bałuckiego, nie obyło się także bez tańców wszelakich: polki (zwłaszcza w zawadiackim wykonaniu Nieśmiałowskiego w parze z kelnerem), walca czy kotyliona – szczęśliwie dla aktorskiego zespołu scena Och-Teatru nie pozwoliła na nieustające taneczne szaleństwa, jak to było w Polskim. Dla mniej obeznanego w tym świecie widza Szymon Majewski przygotował słowniczek, tłumaczący na współczesny język młodzieży co bardziej skomplikowane terminy, który to Krystyna Janda kilkukrotnie odczytuje nam z offu, wzbudzając salwy śmiechu. Delikatne odkurzenie wychodzi Bałuckiemu jedynie na dobre.
Na scenie zaś ścierają się odwieczne damsko-męskie siły. Niezłomny w swych postanowieniach małżeńskiego rozbratu z płcią piękną Klub Kawalerów wystawiony zostaje na próbę pojawieniem się manipulującej kokietki wdowy Ochotnickiej w wykonaniu Moniki Fronczek. Wkrótce zalęknionych zawieraniem trwałych związków bohaterów otoczy cała sieć intryg utkanych misternie przez kolejne pojawiające się damy, a niedopowiedzenia i zakulisowe podchody doprowadzą do wielu nieporozumień, pomyłek i szczerego śmiechu publiczności. Olbrzymia w tym zasługa znakomitej gry całego zespołu aktorskiego, który niewątpliwie dobrze bawiąc się rolami przenosi atmosferę szampańskiej zabawy na widownię. Najwięcej radości budzą najbardziej wyraziste postaci, oddające w scenicznym ruchu i postawie ukryte w ich nazwiskach charaktery: zniewieściały i niemal unoszący się nad ziemią Motylkowski Michała Zielińskiego, porywczy, perorujący ze swadą i wspaniale mimiczny Piorunowicz Rafała Rutkowskiego, niezdarny i cudownie nieporadny w kontaktach z kobietami Nieśmiałowski Tomasza Drabka czy sztywniacki, acz dziarski „wujaszek” Sobieniowski Macieja Wierzbickiego. Wśród pań króluje bezsprzecznie Izabela Dąbrowska, której Dziudziulińska rozsadza energią i sytuacyjnym komizmem uzdrowiskowy bal w Krynicy. Warto także odnotować udany debiut na ochteatralnej scenie Macieja Karbowskiego i drugi – Agnieszki Sienkiewicz-Gauer, której Ochotnickiej nie dane mi było jednak zobaczyć.
Krystyna Janda nie udziwnia, nie sili się na współczesne konteksty społeczne, polityczne czy jakiekolwiek inne. Pokazuje Bałuckiego takim jakim jest – z poczuciem humoru, szczyptą ironii, urokliwą denuncjacją męskich przywar i prawdziwą miłością do zaradnych kobiet. Przy okazji z pietyzmem dba o stylową oprawę i daje aktorom wdzięczny materiał do scenicznych popisów. „Klub kawalerów” zajmuje się w Och-Teatrze „sprawianiem publiczności przyjemności”. Tylko tyle i aż tyle. I po prawdzie nie trzeba niczego więcej.
Marek Zajdler